ULTRAVOX „VIENNA”

Wciąż mnie zadziwia obfitość i zróżnicowanie gatunkowe jeśli o muzykę chodzi. Zadziwia mnie, że choć ogromną ilość informacji już się przyswoiło, zawsze znajdzie się coś (lub ktoś), co znienacka stanie się inspiracją i motorem do rozpoczęcia poszukiwań w kierunku dotąd nieznanym. Tak było też w tym przypadku – padło hasło „new romantic”, no i trzeba było coś z tym zrobić. A że jestem dociekliwa i lubię być dobrze poinformowana, od razu przystąpiłam do działania.

Wokół gatunku New Romantic narosła cała odrębna historia, ściśle związana z założonym w 1978 roku londyńskim klubem Blitz, który miał stanowić alternatywę dla święcącego wówczas triumfy punk rocka. Cyklicznie odbywające się w każdy wtorek tak zwane „Bowie Night” powodowały, że klub zapełniał się entuzjastami Davida Bowiego właśnie, Roxy Music, czy Kraftwerka. Miejsce to przyciągało społeczność tak indywidualną, że stało się kolebką zupełnie nowych trendów modowych, makijażowych, a przede wszystkim muzycznych właśnie. To mieszanie się rozmaitych grup społecznych, poszukujących inspiracji i odskoczni od ówczesnego świata sprawiło, że dwie istotne w tej historii osoby: James Ure, znany bardziej jako Midge Ure, oraz Rusty Egan (współzałożyciel Blitza) po rozpadzie grupy Rich Kids, której byli członkami, rozpoczęli poboczne eksperymenty muzyczne. Tak właśnie powstał zespół Visage. W jego skład wszedł również najważniejszy założyciel klubu Steve Strange, oraz muzycy zespołu Ultravox, który z powodu odejścia założyciela Johna Foxxa był w tym czasie nieaktywny.

ultravox-vienna-1

Visage odniósł spektakularny sukces po wydaniu pod koniec 1980 roku debiutanckiego albumu nakładem wytwórni Polydor. To był start nurtu New Romantic, którego styl najlepiej określa poniższy opis:

„(…) cechami charakterystycznymi owego stylu były z jednej strony nowoczesne, elektroniczne brzmienia, zaś z drugiej – melancholijne, dekadenckie teksty oraz makijaże i oryginalne, eleganckie stroje muzyków. Muzyka Nowych Romantyków, choć nadawała się do tańca, wyraźnie odróżniała się od coraz popularniejszego syntezatorowego disco – utwory miały niebanalny nastrój, było w nich coś tajemniczego, zdradzały pewne ambicje artystyczne. Niekoniecznie były też oparte wyłącznie o elektronikę. We współczesnych dokonaniach noworomantycznych można znaleźć pewne echa punkowe, a wielu czołowych wykonawców wykorzystywało gitary i żywą sekcję rytmiczną. Spuścizna New Wave była więc ważnym elementem nowego stylu.” (źródło: tutaj).

I wreszcie mogę przejść do meritum. Midge Ure zajął wakat po Johnie Foxxie w zespole Ultravox i w tym samym roku, gdy Visage wypłynął na szerokie wody, wydany został album „Vienna”. Uznaje się go za „sztandarowe dokonanie nurtu”, głównie za sprawą tytułowego utworu, który zajął drugie miejsce na brytyjskich listach przebojów. Gdy dotarłam do tej informacji, oczywiście postanowiłam sprawdzić, czym się tak wszyscy zachwycali. W pierwszej chwili „Vienna” nie zrobił na mnie zbyt dużego wrażenia, ale ponieważ nie chciałam się zniechęcić, przesłuchałam go po raz drugi, trzeci, czwarty… i przyznam się szczerze, że wpadłam, wpadłam kompletnie. Sprawdźcie sami, o co tyle hałasu.

Zaraz potem wpadł mi w ręce album „Lament”, który postanowiłam przesłuchać na fali przygotowań na najlepsze. Z zaskoczeniem odkryłam na nim dwa dobrze mi znane utwory – świetny „White China” oraz „Dancing With Tears In My Eyes”. Chociaż „Lament” uznałam za „fajny”, dopiero przy „Vienna” mogłam się przekonać, na co naprawdę stać Ultravox. Przyznaję, że czuję się zawstydzona, że tyle czasu trwałam w błogiej nieświadomości, ile w muzyce mnie ominęło. Nawet w traktowanym nieco po macoszemu nurcie New Romantic właśnie, gdzie właściwie pierwsze skrzypce odgrywają raczej kiepsko kojarzone przez niektórych syntezatory. Na „Vienna” rzecz jasna ich nie brakuje, jednak cały album to po prostu solidna dawka porządnego, gitarowego grania, kawał naprawdę dobrego rocka.

Bardzo dobrym intro jest otwierający płytę instrumentalny „Astradyne”, po którym od razu na pełnej wjeżdża dość znany myślę „New Europeans”. Myślę, że fani gitarowych dźwięków odnajdą się w tym utworze tak samo dobrze, jak ja. Jest dynamiczny, pełny swoistej energii, pod wpływem której trudno opanować mimowolne podrygiwanie. Chociaż tytułowy numer znajduje się na stronie B, bardzo długo katowałam A… aż do momentu, w którym z niechęcią pomyślałam: „no dobra, koniec tego, może warto jeszcze przypomnieć sobie, co jest dalej”. Efekt jest taki, że teraz katuję stronę B… zaczyna ją tajemniczy, wręcz schizofreniczny „Mr. X”, którego wykonanie miałam okazję obejrzeć na relacji z koncertu „Return To Eden” z 2010 roku. I oczywiście po prostu zwariowałam. Dlaczego, polecam sprawdzić samemu – chociaż chłopaki troszkę się zestarzeli, ciągle dają radę. 18:40 poniżej. Ten sam koncert, 1:05:00 – „Vienna”, warto też zobaczyć. Po prostu doskonałe show, dałabym się pociąć, żeby tam być.

Po „Mr. X” rozkłada na łopatki „Western Promise” by na koniec dokopać jeszcze leżącemu „Vienną” i na spokojnie zamknąć album za pomocą „All Stood Still” – doprawdy nie mam pytań.

Chociaż Midge Ure nie jest zbyt ponętny i według mnie niespecjalnie się nadaje na idola nastolatek, to jednego mu nie można odmówić – ma chłopak kawał charyzmy, którą doskonale operuje i ogromne zasoby talentu, dzięki którym stał się tym, kim jest teraz, czyli wielkim artystą i cenionym producentem.

Tym, co raczej stronią od syntezatorów gwarantuję, że Ultravox robi z nich naprawdę bardzo dobry użytek.

Tym zaś, których poruszyła moja historia i którzy chcieliby liznąć trochę więcej tematu, polecam zajrzeć tutaj (o New Romantic w ogóle) oraz tutaj (garść fajnych informacji o Blitz).

Ocena stanu płyty winylowej – tutorial

Zapraszam uprzejmie do zapoznania się z materiałem filmowym, gdzie objaśniamy jak prawidłowo posługiwać się skalą ocen Goldmine Grading System.

Życzymy miłego oglądania!

ESCORT „ESCORT”

Chociaż lubię o sobie mówić, że jestem dzieckiem grunge’u, mojemu lubemu udało się zaszczepić we mnie zajawkę na bardziej wesołe brzmienia. Lata bywania na jego imprezach, podpatrywania, co grają inni dje i rosnące zainteresowanie winylami zaowocowały znacznym poszerzeniem spektrum mojej muzycznej przyswajalności. Zespół Escort poznałam, gdy płyta winylowa z remiksem „All Through The Night” pojawiła się u nas w domu. Chociaż ten i dwa inne numery („Cocaine Blues” i „Chameleon”) od razu wpadły mi w ucho, po cały longplay sięgnęłam dopiero trzy lata później, czyli teraz.

O Escorcie samym w sobie wiedziałam tyle, co nic. Wyobrażałam sobie, że to jakiś tajemniczy duet dwóch amerykańskich, wyzwolonych kobiet, które lubią spędzić wieczór na dobrej zabawie. Jak się okazało, trzonem bandu faktycznie są dwie osoby, lecz są to mężczyźni, zjawiskowa wokalistka zaś to Adeline Michele i to ona zaczarowała mnie swoim głosem. Choć chłopaki tworzyli muzykę od początku XXI wieku, dopiero w 2011 roku wydali LP z prawdziwego zdarzenia. Zaczynali od housu, by przejść bardziej w kierunku disco house, do którego mogę się bawić do rana. Utwory ich autorstwa doskonale nadają się zarówno do klubu, jak i odsłuchu w warunkach domowych. Zresztą, sprawdźcie sami wspomniany już wcześniej „All Through The Night” w nieco innej wersji, niż ta, która znalazła się na debiutanckim albumie.

Wszystkie utwory na „Escort” mogłabym określić jako wpadające w ucho i po prostu fajne. Bardzo mi się podoba otwierający „Chameleon”, ale trzeba przyznać, że cała S1 jest bardzo dobra. Na stronie B moim faworytem jest „Why Oh Why”, chociaż „Starlight” też jest całkiem fajny. Swoją drogą, ten ostatni jako singiel okazał się wielkim sukcesem. Na C, tak jak i na A, też nie ma słabego numeru – bardzo miło się słucha zarówno „A Bright New Life”, jak i „All Through The Night” oraz „Love In Indigo”. Najdziwniejszy i najtrudniej przyswajalny jest dla mnie ostatni „Karawane”, który chociaż muzycznie spójny z resztą albumu, jakoś mi do niego nie pasuje. Od początku ciężko mi wchodził i wciąż nie mogę się do niego przekonać.

„Escort” to jeden z tych albumów, który puszczasz i odpływasz w nicość po stresującym dniu. Możesz przy nim spokojnie odpiąć wrotki i nie myśleć o sensie egzystencji. Po prostu trwasz i skupiasz się na dobrej zabawie. Poza tym można go słuchać po wielokroć i nieprędko się nudzi. Brzmienie tego albumu jest lekkie, niezobowiązujące i miękkie jak futerko małego kotka. Zdecydowanie album godny polecenia, oczywiście na winylu.

DETROIT SWINDLE „BOXED OUT”

Muzyka klubowa zdecydowanie stanowi sporą część mojej kolekcji płyt winylowych, osobiście jestem też oddanym fanem brzmień elektronicznych, zarówno w klubowym otoczeniu jak i w domowym zaciszu.

Doskonale pamiętam rok 2013 i niecierpliwe oczekiwanie na nowy album duetu Daft Punk, który z całego serca uwielbiam.  Niestety, album minął się z moimi oczekiwaniami, i muszę przyznać szczerze że przełknąłem tę gorzką pigułkę jedynie dzięki debiutanckiemu albumowi „Settle” duetu Disclosure. Nomen omen, jak dla mnie jest to klubowy album 2013 roku, który katowałem na okrągło i do bólu.

Tak w roku 2014 totalnie powalił mnie na łopatki właśnie album „Boxed Out” amsterdamskiego duo Detroit Swindle.

Nasz wspólny muzyczny romans zaczął się od singla promującego wydawnictwo, mianowicie utworu „64 Ways”, nagranego we współpracy z Mayerem Hawthornem, którego twórczość jest mi znana i lubiana. Singiel bardzo przypadł mi do gustu (zwłaszcza wersja DUB wspomnianego utworu), postanowiłem więc pójść za ciosem i w moim domu bardzo szybko wylądował cały album.

Album wydany jest na dwóch płytach w kolorze białym. Muszę przyznać, że zawsze miałem słabość do kolorowych winyli, więc była to bardzo miła niespodzianka po rozpakowaniu płyty. (Nadmienię, że repress wydany jest na zwykłych, czarnych winylach).

Płyta muzycznie trzyma bardzo wysoki poziom, i jest bardzo spójna. Moim skromnym zdaniem nie ma na niej słabego utworu, mimo że stylistycznie znajdziemy na niej głównie zarówno pompujący deephouse jak i bujające hiphopowe bity.

 

 

 

 

 

PAROV STELAR „THE PRINCESS”

Zaczęło się od tego, że ilość udostępnianych na facebooku treści powiązanych z pseudonimem Parov Stelar drastycznie wzrosła.

Potem zapowiedziano koncert tego artysty na 20 października 2014 roku w warszawskiej hali Torwar.

W związku z tym postanowiłam sprawdzić, o co tyle hałasu i przekonać się na własne uszy, czy rzeczywiście jest się czym podniecać. Po wpisaniu słów kluczowych w wyszukiwarkę internetową na dzień dobry wyskoczył mi album „The Princess” z 2012 roku, więc to od niego właśnie postanowiłam zacząć. No i wtedy naprawdę się zaczęło.

Parov Stelar w rzeczywistości nazywa się Marcus Füreder i pochodzi z Austrii. Zaczynał jako dj w połowie lat 90, więc klimaty klubowe od początku kariery nie były mu obce. Pierwsze kroki jako producent stawiał w 2000 roku i szybko się okazało, że jest bardzo płodnym artystą. Do tej pory wydał dziewięć solowych płyt i co najmniej dwa razy tyle występując pod innymi pseudonimami, jednak to „The Princess” zapewnił mu austriacką nagrodę Amadeusa za album roku. A jest się czym zachwycać – Stelar, choć szufladkowany w kategorii muzyki elektronicznej, nie zamyka się tylko i wyłącznie w ramach jednego gatunku. „The Princess” to urokliwy i taneczny miks elektroniki ze swingiem, w którym doszukiwać się można również elementów nu jazzu. Estetyka tego albumu i jego spójność sprawiła, że Parov Stelar został okrzyknięty ojcem nowego gatunku muzycznego – electro swingu.

„The Princess” składa się z dwóch części – spokojniejszej i bardziej tanecznej. CD1 otwiera melancholijny, krótki „Milla’s Dream”, który, razem z paroma następnymi utworami mógłby wprowadzić słuchacza w błędne przekonanie, że płyta jest po prostu smutna – szczególnie za sprawą „Dust In The Summer Rain”. Wbrew pozorom album nabiera prędkości przy CD2, gdzie wysadza odbiorcę z siodła mocą i energią brzmienia. Jej zapowiedź słychać już w miłym dla ucha  „Booty Swing”, utrzymanym mocno w klimacie lat 30. Jednak moimi faworytami są „The Paris Swing Box” oraz „All Night”, a także zamykający całość „Jimmy’s Gang”, który także jest mocno swingowy. Najgorszym ciosem w serce był dla mnie fakt, że „The Princess” jest niedostępny w formie winyla. To znaczy podobno CD2 to kompozycje, które publikowano wcześniej wyłącznie na płytach winylowych, jednak posiadanie całego albumu na winylu to obecnie moje największe marzenie i jestem jednocześnie zdziwiona i zawiedziona, że znajduje się ono w sferze nieosiągalnego.

the-princess-b-iext8184256

Rzeczą, która rekompensuje mi fakt, że muszę słuchać „The Princess” z CD a nie z winyla, jest okładka albumu. Postać, która się na niej znajduje, jest jednocześnie piękna i tak zmysłowa, że totalnie zaspokaja moje poczucie estetyki. Nawet zblakła tonacja zimnych kolorów wydaje się pasować do całości. Zdecydowanie jest to album, którego mogę słuchać na okrągło bez cienia znudzenia i który jednocześnie sprawił, że z ciekawością sięgnę też po inne wydawnictwa spod szyldu Parov Stelar. Teraz już wiem, o co było tyle hałasu. Wiem też, że już więcej nie przegapię występu Stelara w Warszawie.

10 NAJCENNIEJSZYCH WINYLI ŚWIATA

Powszechnie wiadomo, że w winylowej społeczności płyta płycie nierówna. Dla kolekcjonera poza stanem liczyć się będzie kraj wydania, rok, wytwórnia, kwestia pierwyszch tłoczeń i późniejszych repressów, kompletność dołączonych do płyty gadżetów w postaci plakatów, naklejek etc. Poza tym wartość płyty podnoszą niektóre znaki szczególne takie doczepiony do okładki rozporek z płyty ,,Sticky Fingers” Rolling Stonesów czy wydana niczym gazeta ,,Thick as a Brick” zespołu Jethro Tull. Wśród płyt osiągających najwyższe rynkowe ceny spodziewać się można pierwszych, oryginalnych tłoczeń albumów takich legend jak The Beatles, Led Zeppelin, Elvis Presley, ale też Sex Pistols. Jednak wartość wprawiającą nieraz w osłupienie osiągają płyty, które otarły się o jedną z takich muzycznych legend lub wiążę się z nią jakaś anegdota. Idąc za artykułem whathifi.com ,,10 of the most valuable vinyl records of all time” prezentujemy listę 10 najcenniejszych płyt winylowych świata.

1. John Lennon & Yoko Ono – Double Fantasy – istnieje na świecie egzemplarz tej płyty warty 525 000 $. Co sprawia, ze jest warta taką fortunę? Mianowicie fakt, że poprzedni właściciel albumu otrzymał na okładce autograf Johna Lennona. Kilka godzin później ten sam człowiek, czyli Mark Chapman zastrzelił muzyka.

2. The Quarrymen: That’ll Be The Day – jedyny na świecie egzemplarz płyty zespołu, w którego skład wchodzili John Lennon, Paul McCartney, George Harrison oraz John Lowe, który zapomniał o nim i przez 23 lata trzymał na dnie szuflady.

3. Velvet Underground & Nico – S/T – w 2002 pewien gość w Nowym Jorku kupił za całe 75 centów szelakowy album Velvet Underground. Okazało się , że były to nigdy wcześniej nie publikowane nagrania piosenek, które znalazły się później na ich debiutanckim albumie. Wspomniana płyta winylowa została kupiona na ebayu za 25,200 $ oraz doczekała się reedycji jako Velvet Underground & Nico: „Scepter Studios Acetate”.

4. Sex Pistols – God Save the Queen 7” single – wydany na szelaku,promocyjny singiel Sex pistols, uznawany za jeden z dwóch istniejących na świecie osiągnał na Ebayu cenę niemal 20 000 $ (dokładnie 19,672 $). Cena tak wysoka ze względu, na kontrowersyjny wówczas materiał oraz historię zespołu, który co chwilę zmieniał wytwórnie.

5. Elvis Presley – Good Luck Charm – monofoniczny singiel Elvisa Presleya wart około 24 000 $.

6. Queen – Bohemian Rhapsody 7” single – rzadkie wydanie singla na płycie winylowej Queen zostało wycenione według magazynu Record Collector na 5000 £ .

7. The Beatles – Yesterday and Today – niezwykle drogie i rzadkie wydanie tej płyty Beatlesów, wyceniane na ok 40 000 $, zawdzięcza swoją cenę okładce przedstawiajacej uśmiechniętch, ubranych w białe fartuchy członków zespołu obrzuconych… pokrwawionymi szczątkami dziecięcych lalek. Okładkę szybko zastąpiono ale wydanie z ,,butcher cover” osiąga do dziś niewiarygodne ceny.

8. The Five Sharps – Stormy Wheather – niezywkle rzadki singiel, z którym łączy się pewna historia. Mianowicie w 1961 kolekcjoner Billy Pensabene pożyczył ów singiel Irvingowi “Slim” Rose’owi posiadającemu sklep z płytami. Ten jednak zniszczył go, raz mówiąc, że pękł on pod jego ramieniem, innym razem, że winić należy jego domowego szopa, który usiadł na nagraniu. Mając na uwagę wściekłość Pensabene’a, Slim zaoferował w swoim sklepie 25$ każdemu, kto sprzeda mu wspomniany singiel. Nikt się jednak nie zgłosił i Slim z czasem podwyższał cenę. Brak ofert spowodował, że zgłosił się on do właściciela wytwórni, aby wypuścił on wznowienie singla. Okazało się jednak, że oryginalne taśmy The Five Sharps spłoneły w pożarze. Wytworzony w ten nieco sztuczny sposób popyt oraz niewielka ilość zachowanych nagrań wpłynęły na to, że singiel osiąga cenę nawet 25 000 $.

9. Frank Wilson – „Do I Love You? – zanim Frank Wilson stwierdził, żeby na poważnie zająć się produkcją muzyczną nagrał on singiel, który potem rozkazał zniszczyć. Jedna z dwóch czy trzech zachowanych kopii osiągnęła cenę 25 000 £.

10. The Beatles – Love Me Do – niezwykle wczesny, wydany nakładem około 250 kopii winylowy singiel Beatlesów z 1962, zawierający dodatkowo literówkę w nazwisku Paula McCartneya wart jest dziś około 11 000 £.

LITTLE BOOTS „NOCTURNES”

Nie tak dawno moją muzyczną kolekcję zasiliła nowa, totalnie odstająca od tego, czego słuchałam dotychczas płyta winylowa. Będąc w potrzebie poszukiwania nowych brzmień, z radością zabrałam się do testów słuchowych. Muszę przyznać, że zarówno nazwa Little Boots, jak i tytuł płyty „Nocturnes” zupełnie nic mi nie mówiły i trudno mi było przewidzieć, jakich dźwięków mogłabym się po nich spodziewać. Rzeczywistość oczywiście przerosła moje oczekiwania, ale zanim przejdę do konkretów, kilka słów o autorze, a raczej autorce.

Pod nazwą „Little Boots” skrywa się subtelna, blondwłosa osóbka o delikatnym głosie i wielu interesujących umiejętnościach. Victoria Hesketh – bo o niej mowa – to kolejna mi znana, zaraz po Jacku White, multiinstrumentalistka. Album „Nocturnes” jest drugim solowym w jej karierze i zdecydowanie zasługuje na brawa. Stanowi swego rodzaju kompozycję elektroniki połączonej z disco oraz popem. Płyta lekka i przyjemna, choć nie brakuje numerów „pompujących”, które na niejednej imprezie byłyby w stanie podnieść ciśnienie publice. Pieczę nad produkcją sprawowały osoby, które co bardziej rozeznani w temacie od razu skojarzą z odpowiednimi wykonawcami. Tak więc należy wymienić takie nazwiska, jak Tim Goldsworthy (LCD Soundsystem, UNKLE), Andy’ego Butlera oraz Jamesa Forda (Simian Mobile Disco). Efekt tej współpracy chyba nie mógł być lepszy, ale o tym zaraz.

Little-Boots-Nocturnes-400x400

Wokal Little Boots od razu skojarzył mi się z DJ Patrisią z naszego rodzimego zespołu Oszibarack. Trzeba dodać, że Victoria jest współautorką wszystkich utworów na płycie. Do jednego z lepszych zalicza się już drugi w kolejności „Confusion”, a zaraz po nim wjeżdża wszystkomówiący – choć nieoczywisty – „Broken Record”. Bardzo mi przypadł do gustu fragment tekstu refrenu: „I hear your voice like a broken record saying my name every second” – oto jeden z dowodów na to, że Victoria umie pisać teksty, wie jak to robić, słowem: ma do tego smykałkę. Zaraz potem płyta się rozkręca: kulminacja następuje już w czwartej piosence, zatytułowanej „Shake” i to jest właśnie ten pompujący kawałek – zresztą mój ulubiony. Co prawda ma dosyć długie (i podobno mroczne) intro, ale fajnie się rozwija, a wokal Little Boots jest w tym utworze bardzo tajemniczy. Zaraz potem w kolejce czeka „Beat Beat”, który utrzymuje nas mocno w klimacie disco. Dalej napięcie systematycznie spada aż do „All For You” włącznie. Album zamyka electro-popowy „Satellite”, który jeszcze na chwilę dodaje całości energii.

Dlaczego ta płyta zdobyła moje uznanie? Przede wszystkim Victoria nie próbuje przyciągnąć uwagi odbiorcy, wstawiając na okładce swoje zdjęcie w negliżu, jak to większość współczesnych wokalistek ma w zwyczaju. Ten album broni się sam, bo chociaż niepozorny z nazwy, tytułu i okładki właśnie, muzycznie jest dopracowany w każdym calu i sprawia wrażenie, cóż – kompletnego i przemyślanego.Płyta winylowa składa się z 2xLP. Ja na chwilę obecną zatrzymałam się na stronie B i totalnie nie chcę jej zmienić.

Muzyczna energia, jaką serwuje nam Little Boots, stoi w pewnym kontraście z jej delikatnym głosem. Dzięki temu otrzymujemy album nienachalny, ale dynamiczny i z pewnością wcale nie nudny. Słuchany w domu przywodzi na myśl klubowe klimaty, a nogi same się rwą do tańca. Osobiście jestem fanką energetycznych brzmień i ta płyta doskonale uzupełniła szeregi mojej winylowej kolekcji. Szczególnie, że bardzo namiętnie cofam się muzycznie do lat 80, których echo bardzo wyraźnie słychać na „Nocturnes”. Zresztą – oceńcie sami.

ROY AYERS i „COFFY”

Roy Ayers jest z pewnością jednym z moich ulubionych artystów, którego cenię zawsze i wszędzie. Budujący jest fakt, że nawet w sile wieku (Roy to rocznik 1940, więc jak łatwo policzyć obecnie ma 74 lata), potrafi nieźle dać czadu, i na scenie nadal czuje się jak ryba w przysłowiowej wodzie. Miałem okazje sprawdzić to organoleptycznie, czyli usłyszeć i zobaczyć na festiwalu Boogie Brain w Szczecinie w 2009 roku. Wtedy nie ukrywam, że jeszcze nie wiedziałem za wiele na temat muzyki itp itd , ale występ Roya zrobił na mnie wrażenie.

Tytułowa płyta winylowa o której napiszę kilka słów poniżej, wpisuje się w nurt tzw Blaxploitation. Słowo klucz i hasło znane z pewnością wszystkim fanom muzyki funk/soul, niemniej jednak wszystkim nieuświadomionym przytoczę definicje z Wikipedii:

Blaxploitation (kontaminacja ang. słów black i exploitation) – gatunek filmowy, stworzony we wczesnych latach siedemdziesiątych XX wieku w obrębie kina afroamerykańskiego. Był to okres powstawania wielu filmów o wyzysku, przeznaczonych dla publiczności afrykańskiego pochodzenia zamieszkałej w miastach. W filmach tych zatrudniano czarnoskórych aktorów i wykorzystywano muzykę soul i funk.

Więc, płyty winylowe z gatunku Blaxploitation, to w skrócie soundtracki ze wszystkich murzyńskich filmów z lat 70.

Filmu „Coffy” nie miałem okazji widzieć, ale szczerze…nie odczuwam takiej potrzeby. Płyta winylowa ze ścieżką dźwiękową miażdży. A przy okazji jest to kolejny winyl w mojej kolekcji, który nie ma słabych punktów. Płyta winylowa jest w całości cudownie spójna, i można jej słuchać w kółko, od początku, od końca, od środka…a ona nigdy się nie nudzi. Kompozycje są naprawdę takie, że mucha nie siada – potrafią porwać do tańca, potrafią ukoić, pobujać, czy porwać do refleksji, kończąc na relaksie pełną gębą.

Jeśli lubicie płyty winylowe z pogranicza soul/disco/funk, z pewnością jest to obowiązkowa pozycja. Jeśli nie macie pojęcia o wyżej wymienionej stylistyce, z pewnością jest to doskonały starter.

Zresztą, sprawdźcie sami:

Tytułowy song:

Mój faworyt:

A dla wszystkich spragnionych więcej, cały soundtrack w wersji na YT:

STARZY, ALE JARZY

Nie da się ukryć, fanem muzyki grunge nigdy nie byłem. Smutek, narkotyki, żal, oraz konsekwentnie popełniane samobójstwa przez liderów kolejnych kapel , z pewnością nie zachęcały ani nie zachęcają mnie do zgłębiania tej gałęzi muzyki gitarowej. Ale serce nie sługa jak się to mawia, i moja wybranka jako prawdopodobnie największa fanka grunge w tym kraju, zaznajomiła mnie z tym gatunkiem całkiem nieźle (chociaż cały czas uparcie twierdzę, że wszystkie te zespoły brzmią tak samo – ale teraz przynajmniej wiem że stolica Grunge’u jest Seattle, i że większość twórców tej jakże smutnej muzyki już nie żyje). Rzecz jasna o gustach się nie dyskutuje, ale o tym już za chwilę.

Podczas wizyty w zaprzyjaźnionym sklepie, wpadł mi w oko winyl grupy PEARL JAM, pt Lightning Bolt. Okładka, która jest całkiem przyjazna w odbiorze zaintrygowała mnie na tyle bardzo, że od razu wykonałem szybki telefon z pytaniem ” Czy kupić Ci nowy Pearl Jam….?” . W odpowiedzi usłyszałem – „Nieeee, podobno słaby”. A że jestem uparty, i że winyle cieszą zwłaszcza z zaskoczenia, stwierdziłem iż organoleptycznie stwierdzimy oboje w domu, czy płyta winylowa jest faktycznie do kitu, czy jednak radę daje. Lżejszy o niecałą stówkę dzierżyłem winyl w dłoni i popędziłem rączo do domu.

Eddie Vedder był dla mnie zawsze za bardzo patetyczny. Te teledyski, gdzie Eddie gra na gitarze na jakimś kamieniu pośrodku jakiegoś oceanu, czy Eddie który gra piosenki na kamieniu na jakiejś łące (nie ukrywam, że pierwsze solowe wydawnictwo wokalisty i lidera Pearl Jam wyjątkowo mnie drażni). Eddie Vedder który każe się ludziom przesunąć trzy kroki do tyłu, bo kiedyś ktoś kogoś zadeptał pod sceną na koncercie Pearl Jam, Eddie Vedder który prawi mądrości ze sceny…nope.

Ale wróćmy do Lightning Bolt – płyta winylowa wydana super porządnie, ładny 180 gramowy winyl, insert z tekstami, fajna koperta na winyl, i rzecz jasna dodatek który chyba najbardziej ucieszył moją partnerkę – czyli naklejki. Wrzucamy płytę na gramofon, słuchamy. I zdziwko. Nie ma patosu. Nie ma pitolenia. Jest za to rockowa energia, i piosenki wydaja się być jakoś dziwnie znajome – może to kwestia tego, że są dosyć melodyjne, i dosyć prędko i łatwo wpadają w ucho. Mamy mocny początek – „Getaway”, potem zalatujący punk rockiem „Mind Your Manners”, a potem już jest tylko lepiej. Nawet wolniejsze piosenki nie drażnią, i dobrze się ich słucha. Podoba mi się to, że Pearl Jam nie trzyma się kurczowo swojej wyrobionej stylistyki – śmiało zaryzykowałbym, że chyba jest to najmniej „grunge’owa” płyta grunge’owego zespołu jaką miałem okazje słyszeć. Na plus zdecydowanie zasługuje też producent płyty – Brendan O’Brien (wikipedia podaje że jest to kanadysjki duchowny katolicki…SERIO?), który sprawił że całośc brzmi przestrzennie, i ma rockowy pazur…w ogóle słychać na tej płycie sporo inspiracji nowoczesną muzyka rockową (indie), a miejscami brzmieniowo całość przypomina mi nawet i trochę U2 (to chyba przez te echa i pogłosy).

Kupujcie. Słuchajcie. I się cieszcie.

W kwestii wolniejszych piosenek z albumu (naprawdę fajnie!):

Wspomniany punkowy Mind Your Manners:

A na koniec trochę patosu, czyli starsza piosenka – dla porównania, posłuchajcie Co mówił Jeremy

ZŁOTA MARYLA

Sylwester 2013 odbył się jak zwykle hucznie i z przytupem w naszym pięknym „kraju cebuli”. Tym razem impreza transmitowana przez Polsat miała swoje epicentrum w Gdyni, gdzie wystąpili zarówno ci mniej, jak i bardziej znani polscy wykonawcy. Oczywiście, nie obyło się bez „skandalu” i wielkiej burzy, której dla odmiany nie spowodowała żadna z rodzimych silikonowych pseudocelebrytek, ale też wywołała lawinę komentarzy ze strony polskich internautów. W Nowy Rok drugi raz z rzędu na pełnym gazie wjechała blondwłosa Maryla Rodowicz, pokazując całej Polsce jednocześnie wszystko i nic. Tym samym królowa polskiej piosenki nakazała mi przypomnieć sobie, dlaczego taki tytuł nosi.

z13335991Q

Odnoszę wrażenie, że Marylę większa część młodych Polaków kojarzy raczej z kiczem i tandetą, karmiąc się medialną papką i na jej podstawie wysnuwając wnioski o otaczającym nas świecie. Pragnę jednak zauważyć, że na długo przed tym, zanim wkroczyliśmy w XXI wiek i opanowała nas magia Internetu, pani Rodowicz, jak wielu innych polskich artystów, pracowała ciężko na swój dorobek. Aktywna muzycznie od 1962 roku, swój pierwszy album wydała osiem lat później, jednak tym, który przykuł moją uwagę na dłużej, był pochodzący z 1986 roku winyl „Gejsza nocy”. To z niego pochodzi znany chyba wszystkim utwór „Szparka sekretarka”. Maryli bardzo dobrze się słucha, ma przyjemny, łagodny głos, którego doskonale potrafi użyć. Dowiodła tego śpiewając „Niech żyje bal”, do którego słowa napisała Agnieszka Osiecka, a muzykę Seweryn Krajewski (którzy, nota bene, byli w roku wydania płyty świadkami na ślubie Maryli z Andrzejem Dużyńskim i jednocześnie jej bliskimi przyjaciółmi). Oboje dorzucili swoje trzy grosze do tego albumu, co pokazuje, jak mocno byli obecni w świecie artystki w tamtych latach. Pan Krajewski zresztą jest wspomniany na płycie w utworze „Seweryn K.” (który zresztą sam napisał) w tych słowach:

Kiedyś byłam stara, co tu kryć,
omijałam bary, na cóż pić.
Szorowałam gary, piłam tran,
podczas kiedy szeryf żył nad stan.
Ależ byłam stara mówię wam,
każdy dzień był szary, każdy plan.
Lecz to wszystko zapomniałam raz, dwa,
bo poznałam Seweryna K.

beznazwy

Moim faworytem z płyty winylowe jest tytułowa „Gejsza nocy”, której autorem jest polski scenarzysta i reżyser Krzysztof Gradowski. Maryla doskonale się odnajduje w piosenkach napisanych przez ludzi z jej otoczenia, umiejętnie tworzy ich niepowtarzalny klimat i łagodnie wciąga słuchacza w swój świat. Dobra muzyka to również taka, która wywołuje silne uczucia i jest równie silnym bodźcem, a Maryla wyciąga ze mnie sentymenty i wzbudza mój najwyższy respekt. Dzięki temu jej rozmaite ekscesy udaje mi się traktować z przymrużeniem oka (choć do ostatniego z początku w istocie miałam mieszane uczucia). Zamiast więc bez końca strzępić język na komentarzach w sieci, wolę uśmiechnąć się pod nosem i przerzucić winyl na stronę B. To se ne vrati ;)